Biurokratyczny bałagan

Kredyty termomodernizacyjne to usługa, która cieszy się ogromną popularnością i często jest jedynym sposobem na poprawę jakości życia dla wielu wspólnot mieszkaniowych. Jednak uzyskanie kredytu – samo w sobie wcale nie najłatwiejsze – nie oznacza, że wszystko uda się wykonać bez przeszkód…
Docieplanie budynków jest bowiem pracą, która z założenia wymaga postawienia rusztowań i zajęcie pewnego – zwykłe około 1 m – obszaru dookoła budynku. Tymczasem zgodnie z decyzją o sprzedaży mieszkań i tworzeniu wspólnot mieszkaniowych z początku lat 90tych, przynależna do budynku ziemia zwykle sprzedawana była wspólnocie po tak zwanym obrysie, wszelkie inne obszary – na przykład podwórka – zostawiając w gestii miasta. W efekcie na chwilę obecną na wielu obszarach naszego kraju prawie żadna lokalna wspólnota nie jest właścicielem gruntu leżącego poza budynkiem. Powoduje to, że jakakolwiek próba termomodernizacji wymaga osobnej zgody właściciela ziemi – zwykle miasta. To zaś przeważnie nie jest chętne do udzielania takiej zgody i próbuje wykorzystać okazję do zarobienia na wspólnocie poprzez sprzedaż im (po cenach rynkowych!) obszaru ich własnych podwórek, które zwykle nie stanowią żadnej realnej wartości, gdyż nie można na nich niczego postawić, etc. Nawet zaś jeśli miasto proponuje ceny zaniżone, to i tak wiele wspólnot po prostu nie posiada środków na zakup ziemi, gdyż całość ich włożyła w tak zwany wkład własny do kredytu. W efekcie często okazuje się, że remontu przeprowadzić nie można, a kredyt przepada. I otwartym pozostaje tylko jedno pytanie… dlaczego obecnie próbuje się za ogromne pieniądze sprzedawać ludziom bezużyteczną ziemię, podczas gdy kilka lat wcześniej za żadne skarby nie chciano zgodzić się na jej odsprzedanie argumentując to ustawą o zarządzaniu przez miasto gruntami publicznymi?

Komentarz: