Prywatyzacja służby zdrowia

Jeszcze nie ucichły echa okrzyków oburzonych pielęgniarek, które w Sejmie kreśliły czarny scenariusz dla naszej rodzimej służby zdrowia, a już premier zapowiada, że „komercjalizacja zakładów opieki zdrowotnej” dokona się poprzez ustawę lub niejako „bokiem”. Co zrobi prezydent? To akurat oczywiste. Co zrobi lewica? Tego nie wiedzą chyba sami zainteresowani, z Olejniczakiem i Napieralskim na czele. Ale szum i zamieszanie trwają, a społeczeństwo w panice łapie się za portfele. Bo nie dość, że kryzys gospodarczy, to jeszcze będą płacić za leczenie?

Ale chwila… może wcale nie będzie tak źle?

Wróćmy do pielęgniarek. „Szpitale staną się tym, czym obecnie są gabinety stomatologiczne!” – krzyczały- „Jak ktoś nie ma pieniędzy, to do dentysty czeka przez pół roku!”. Ale…

Szybko przeliczyłem własnych znajomych, z którymi od lat kilku/nastu dyskutuję na rozmaite tematy (w tym nie jeden raz dzieliłem się własnymi przeżyciami związanymi z wizytami u dentysty i słuchałem od nich zwierzeń tejże natury). I jakoś nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek z nich czekał pół roku na wizytę? Ci, którzy chodzili do stomatologa państwowego, narzekali najwyżej na mało delikatne potraktowanie własnej szczęki (bynajmniej nie chodzi o prawego sierpowego), ale o wielomiesięcznych kolejkach mowy nie było. Prędzej czy później jednak i tak decydowali się na wydanie raz na 6-8 miesięcy 70 zł u „prywaciarza” niż na darmowe cierpienie katuszy, u znudzonego stomatologa państwowego (zajętego wyłącznie gapieniem się na zegar ścienny i odliczaniem czasu, który jeszcze w tym nieszczęsnym gabinecie będzie musiał spędzić przed wyjściem do domu – względnie przed wyjściem do własnego, prywatnego gabinetu). O ileż przyjemniej jest usiąść w fotelu i mieć tę rozkoszną pewność, że pod koniec zabiegu nikt nie powie „Hm, to chyba nie ten ząb”? Koloryzuję, wiem. Ale mimo wszystko. Jest zresztą taki stomatolog w Łodzi (moim rodzinnym mieście), do którego wracam chętnie, bo mam do niego zaufanie i wiem, że zwyczajnie jestem w dobrych rękach. A o to chyba chodzi, no nie? No niby tak, ale… Ale ta straszliwa prywatyzacja! Skandal!

Spójrzmy prawdzie w oczy – prywatyzacja nastąpiła już dawno temu! Chcesz być potraktowany poważnie? Chcesz się wyleczyć? Urodzić „po ludzku” (to pytanie oczywiście kieruję do kobiet)? Idź do prywatnego gabinetu, zapłać i czuj się król lub królowa. Nie masz kasy? Stój w kolejkach, narzekaj na brak fachowców i notoryczne olewanie pacjentów.

Zakładając, że nasze kochane szpitale mają się przekształcić w spółki, którymi będą zarządzać rozsądni menadżerowie, a przekształcenie nie musi od razu wiązać się z tym, że każdy zobowiązany będzie do wnoszenia opłaty… to czemu nie? Prywatyzację to my mamy teraz! Bo alternatywą jest wyłącznie pójście tam, gdzie i tak cię oleją. Co to za alternatywa? Żadna. Więc – bulisz.

Stomatologia, tak uparcie wspominana przez pielęgniarki, jest naprawdę fenomenalnym przykładem. I powiem szczerze, jeśli cała ta zdrowotna machina ma iść w takim kierunku, w jakim poszły gabinety dentystyczne, to ja jestem za. Zwłaszcza, że nie wierzę iż 100% placówek zostanie sprywatyzowanych i zamkniętych na cztery spusty przed ludźmi, którzy nie mogą pozwolić sobie na komfort dodatkowego płacenia za usługi medyczne. Podkreślam – dodatkowego. Bo przecież składki zdrowotne nadal będziemy zobowiązani opłacać i w ramach tychże mamy mieć zagwarantowany dostęp do bezpłatnej opieki. O tym jakoś panie pielęgniarki powiedzieć już zapomniały.

1 Komentarz do “Prywatyzacja służby zdrowia”

  1. Kaz:

    W sumie nie wiadomo do końca jak to ma wyglądać

Komentarz: