Wakacje fana footbolu

Był piękny wrześniowy poranek. Wakacje dochodziły już do końca. No niestety, tak to czasami bywa, że czas mija o wiele szybciej, jeżeli się dobrze bawimy i korzystamy z życia, czerpiąc z niego pełnymi garściami. Tak czy inaczej, całe wakacje spędziłem na boisku kopiąc piłkę bez umiaru. Nie tylko ja mam takie chore jazdy odnośnie piłki nożnej. Mam mnóstwo przyjaciół, które tak samo jak ja, kochają ten sport, a każdą wolną chwilę spędzają na boisku, kopiąc radośnie okrągłą futbolówkę. Tego dnia umówiliśmy się jak zawsze, pod „czerwonym dębem” (nie pytajcie skąd ta nazwa) z piątką moich pozostałych znajomych. Trzy minuty przed czasem, każdy czekał już na miejscu z wypiekami na twarzach. Cowieczorne „kopanie piłki” stało się już swego rodzaju rytuałem dla nas. Przecież przez całe wakacje je uskuteczniamy. Gramy kilkadziesiąt minut, a później, jak już słońce zaczyna powoli zbiegać się z horyzontem, wszyscy idziemy nad staw, aby spłukać z siebie cały pot oraz zmęczenie, które z dnia na dzień wywołuje w nas ten cudowny sport jakim jest piłka nożna. Gdy już wszyscy byli na miejscu okazało się, że jest ktoś jeszcze jest z nami. Nie widziałem nigdy tego chłopca. Stał w cieniu, pod drzewami, nieopodal naszego boiska. Żaden z moich przyjaciół go nie znał. Po chwili „rozgrzewki” postanowiliśmy się z nim zaznajomić. Podchodząc do niego, zacząłem przecierać oczy. Wydawało mi się, jakby tam, pod drzewami stał Łukasz Fabiański. Jednak pierwsze wrażenie okazało się mylne. To nie był „Fabian”. Arek, bo tak właśnie miał na imię chłopiec, który nas obserwował, w końcu do nas podszedł i zapytał nieśmiałe, czy może się do nas przyłączyć. Oczywiście wszyscy radośnie przyklasnęliśmy, ponieważ, zawsze to raźniej i weselej jest, gdy więcej osób jest dookoła. Wymyśliliśmy sobie, że jesteśmy reprezentacją polski, a każdy z nas jest jednym z piłkarzy. I tak, Jacek był Borucem, Paweł Krzynówkiem, Arek (ze względu na swój wygląd, którym wcześniej nas wprowadził w delikatne zakłopotanie) był rzecz jasna Fabiańskim, Krzysiek Krzynówkiem, a ja, z racji, że było nas o jednego za dużo byłem trenerem reprezentacji polski i wołano na mnie Leo Beenhakker. Bawiliśmy się świetnie. Chłopaki walczyli jak lwy o każda piłkę, pocąc się przy tym strasznie, nie wspominając już nawet o wysiłku jaki wkładali w każdą minutę gry. A ja biegając za nimi pokrzykiwałem i „nerwowo” zaciskałem kciuki, pokazując każdemu „co robi źle”. Oczywiście wszystko odbywało się w miłej atmosferze. Gdy już nie mieliśmy sił na dalszą grę, a słońce powoli zaczynało zachodzić, postanowiliśmy iść do domu. Arek, jako, ze został naszym nowym towarzyszem zaprosił nas na tosty z konfiturami, które jego mama miała zrobić na kolację. Oczywiście wszyscy uśmiechnęli się na ta wiadomość, ponieważ oprócz tego, że byliśmy bardzo zmęczeni i spragnieni, również głodni jak konie (jak to ładnie ujął Krzysiek). Kilkanaście minut później byliśmy już nad stawem, aby się przekąpać. Nie tracąc czasu, czym prędzej opłukaliśmy się i na wyścigi pobiegliśmy do domu Arka. Tosty były pyszne, a konfitury podobne do tych, które robi moja babcia.

Komentarz: